?

Log in

No account? Create an account

Oct. 27th, 2010

Bo wszyscy kochamy kaczy kuper!

Chłam powraca, a ja wraz z nim! Tym razem nie będzie tak epicko jak ostatnio, bo i piosenka aż tak dziadowska nie jest, chociaż… Powiedzmy, że kwestia gustu. Mnie takie natchnione seplenienie zupełnie nie rusza. Lata 80-te były tak obfite w różnego rodzaju gwiazdy i gwiazdeczki, że jest w czym wybierać. Oczywiście mowa o moim wątpliwym skillu. Ale taka random łapanka byłaby trochę nie fair, więc chwilowo ograniczę się do jednego teledysku pewnego czarnoskórego wokalisty, o którym nigdy w życiu nie słyszałam i nieszczególnie słyszeć chcę.
 
Cóż, sam klip jak i piosenka do wybitnych nie należą, ale też nie straszą jakoś bardzo na tle innych muzycznych zjawisk z tego okresu. Tekst prosty jak konstrukcja cepa i takoż głęboki, wokal kiepściutki i jak na mój gust wybitnie zniewieściały, a teledysk nie odbiega od standardów lat 80-tych. Mamy więc pana, który tanecznym krokiem przemierza ulice amerykańskiego miasta (wszystko kręcone w studiu oczywiście), co jakiś czas jest najazd na grupkę pięknych kobiet wykonujących średnio skomplikowany układ choreograficzny, jest też element „opowieści” w postaci jakiejś pani w białym odzieniu. Pani jak na tamte czasy przystało, kotłuje się trochę wśród pościeli na łóżku, jest też lustro i charakterystyczne promienie zachodzącego słońca sączące się przez żaluzje, których cienie elegancko padają na ściany. Swoją drogą, bardzo lubię ten motyw zachodzącego słońca i żaluzji, który jest obecny chyba w każdym filmie i serialu sensacyjnym z lat 80-tych. To się zawsze wiąże z jakimś przystojnym detektywem w wymiętym garniturze i niedbale zawiązanym krawacie (a jak ma okulary to już w ogóle pisk), który sobie przez te żaluzyjki wygląda, a potem siada na skórzanym fotelu i wywala nogi na biurko… Szaleństwo po prostu. Ale wracając do meritum – postanowiłam umieścić ten mało interesujący klip na swoim blogu, ze względu na pewien drobny szczegół. A mianowicie wyjątkowo odjechaną fryzurę pana! Czysty odlot, czegoś takiego na głowie nie miał nawet Samuel L. Jackson (chociaż jego słynne afro z przedziałkiem jest nie do pobicia)! Podwójny kaczy kuper z przedziałkiem i kucykiem, pokryte warstwą żelu, lakieru do włosów czy cholera wie czego, po prostu awesome. Chylę czoła i proszę o więcej, bo to zdecydowanie bije na głowę pasiaczek i nieogolone pachy Rubena Gomeza śpiewającego o żółtym bikini w kropeczki. Soł, miłego seansu! ; D



A dla wytrwałych, wyczesany Samuel:


Sep. 26th, 2010

Majteczki w kropeczki, czyli czas pochwalić się swoim wątpliwym skillem!

Dawno temu odbyłam wielce interesującą i pouczającą rozmowę z Eaś, na temat pewnego dżapańskiego zespołu – Versailles. W skrócie, panowie są mroczni, gotyccy, mają stroje zawierające dużą ilość koronek, haftów i w ogóle, ale przede wszystkim zupełnie nie potrafią śpiewać. Ale to mało ważne, nie będę się rozwodzić nad kolejnymi dziećmi Louisa i Lestata (czytelnikom pozostawiam do wyboru, kto jest mamusią, a kto tatusiem), ważny jest fakt, że ta dyskusja była impulsem, który rozbudził moje specyficzne zdolności. Tak, mam skilla, nietypowego – potrafię znaleźć muzyczne kicze o jakich nawet Wam się nie śniło. Mydełko Fa to przy moich „perełkach” całkiem porządna piosenka. Zatem, mam przyjemność poinformować Was, że zaczynam blogowy cykl, w którym będę prezentować moje „odkrycia”. Tak, bójcie się…

Wyjątkowo na pierwszy ogień pójdzie mój ostatni skarb, czyli jedna z wielu wersji kultowego przeboju "Itsy Bitsy Teenie Weenie Yellow Polka Dot Bikini". Nie uwierzę, że nie znacie! Ta piosenka wypływa co kilka lat, radując uszy wczasowiczów (tak, to jeden z hitów typowo wakacyjnych). Jest prosta, ma łatwo wpadającą w ucho melodię, tekst głupszy od kilograma gwoździ i fajnie się ją wyje do księżyca. Jako pierwszy wykonał ją Brian Hyland w 1960 roku (miał wtedy tylko szesnaście lat) i z miejsca stała się wielkim przebojem, przynosząc sławę artyście. Co kilka lat jacyś random ludzie, o średnim talencie przypominają sobie o jej istnieniu i postanawiają nagrać ją po raz kolejny. 

Wersja, którą mam zamiar Was katować jest wyjątkowo tandetna, zawiera układ choreograficzny, wykonywany przez odpowiednio uposażone przez naturę dziewuszki w bikini, uroczą małolatę, jazdę na rolkach, plażę, palmy i w ogóle. Ale najważniejszym elementem jest długowłosy bizon z tatuażem, który śpiewa! Znaczy, któremu wydaje się, że śpiewa… Co ciekawe, w młodzianie tym, rozpoznaję niejakiego Rubena Gomeza, piosenkarza, całkiem popularnego, który ma całkiem chwytliwe popowe kawałki i zasadniczo daje się słuchać. Widać, na początku tylko wyglądał, głos pojawił się kiedy podrósł… Zwracam także uwagę na jego fantastyczne wdzianka (że jemu w tych cholernych kowbojkach nie jest gorąco…), ze szczególnym uwzględnieniem pasiastej, obcisłej bluzeczki pojawiającej się pod koniec teledysku. Aż trudno uwierzyć, że ludzie kiedyś tak się ubierali…


Tags:

Aug. 29th, 2010

Chaos hiszpańsko - dożynkowy

  Yay, dawno mnie tu nie było... Żyję, jak widać, chociaż po dzisiejszym dniu nie chce mi się już nawet ręką ruszyć. Miałam się pultać na temat dąbrowskich dożynek (to u nas są jacyś rolnicy w ogóle?!) i ignorancji jaką wykazał się Urząd Miasta przy organizacji, ale fakt, że nie zapomniano o mnie przy drukowaniu folderu (do którego napisałam chyba najbardziej user friendly artykuł) dotyczącego jednej z dzielnic miasta, tegorocznego gospodarza imprezy (koniec reklamy) i stado strażaków w galowych mundurach, skutecznie ostudziły mój "zapał".

Dlatego tym razem będzie krótko i nieco chaotycznie: czytam! Tak, to pewien sukces, bo od jakiegoś czasu niespecjalnie ciągnęło mnie do książek, być może to wina studenckiego zmęczenia... W środę wyhaczyłam w bibliotece "Batalistę" Arturo Pereza-Reverte, czyli mojego najlepsiejszego pisarza. I wow, jestem wbita w ziemię, już zapomniałam jak ten facet fantastycznie pisze! W jego przypadku nawet kilkunastostronicowe opisy nie są w stanie mnie znudzić, a w "Bataliście" są one na dodatek szokujące i brutalne. Jest to historia fotografa - korespondenta wojennego, który odchodzi na emeryturę, kupuje starą wieżę na odludziu i na jej ścianach tworzy olbrzmią panoramę bitewną. Ma to być obraz wojny na przestrzeni wszystkich wieków, nie arcydzieło, a osobista wizja artysty. Pewnego dnia w tej samotni pojawia się człowiek, który twierdzi, że przyjechał by zabić bohatera. Dlaczego? Cóż, do tego jeszcze nie doszłam, ale na pewno nie jest to kwestia spisku czy jakiejś mrocznej intrygi. Mężczyzna jest byłym żołnierzem, któremu kiedyś fotograf zrobił jedno zdjęcie. Razem wspominają swoje życie i różne oblicza wojny. Książka jest gorzka, opowiada o życiu reporterów wojennych bez upiększeń i romantyzmu, gdyby nie postać żołnierza, można by ją traktować jak dokument czy autobiografię. Reverte ma wyjątkowo lekkie pióro, potrafi pisać barwnie i interesująco, bez uciekania się do wyszukanych form. I jakby to ująć, to bardzo męska literatura - podczas lektury czuję, że mam do czynienia z prawdziwym facetem, a nie chłopcem czy smętnym intelektualistą. Podsumowując: po mniej wciągającym cyklu Kapitana Alatriste (przez który nie przebrnęłam), moja miłość do Hiszpana znowu jest wielka i gorąca.

PS Od trzech dni obserwuję sobie nocne niebo (przed snem) i z całą stanowczością stwierdzam, że jest absolutnie piękne. Ten jasny księżyc, granatowe niebo, rzadko rozrzucone gwiazdy i delikatne chmurki, to chyba najbardziej nastrojowa rzecz jaką od dłuższego czasu zdarzylo mi się widzieć. MRY!

Apr. 30th, 2010

Sanitarne burżujstwo (i ogień)

Dzisiaj będzie o wakacjach i wakacyjnych wyjazdach (i o ogniu). Nie, nie dlatego że już mi tęskno (poza tym wyrosłam z wieku szkolnego i teraz mam tylko ich marną namiastkę, zwaną urlopem) , ale raczej ze względu na proces starzenia i dziwne wspomnienia dopadające mnie znienacka... 

Cóż, na starość człowiek robi się wygodny i wanna/ prysznic plus toaleta to dla niego minimum wymagań sanitarno-wypoczynkowych. Wspólne łazienki (dzielone z obcymi ludźmi) w ogóle nie wchodzą w grę, bo fszy, grzyb, kiła i macki czające się w spływie umywalki. Cholera, nie tak dawno temu (okej, trochę kłamię) potrafiłam spędzić ponad tydzień w szczerym polu, z namiotem, bez łazienki i ubikacji. I było FAJNIE! Ach to cudowne uczucie, kiedy koleżanka spłukuje ci głowę lodowatą wodą ze strumyka o 8 rano. Wspólne wyprawy do lasu z saperką, w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb... I z całym szacunkiem dla Czytelnika, jakoś się nie bałam, że mi się kleszcz w tyłek wbije, że mnie coś zeżre, a od zimnej wody dostanę conajmniej gruźlicy. To było mało ważne, bo przecież cały dzień robiło sie fantastyczne rzeczy! A to spaghetii na kuchence polowej (dwa opakowania makaronu gotowane w góra czterolitrowym garczku), grzanki w jajku o 23h robione przy latarce (bo koledze się zachciało), piesze wyprawy do "wcaleniepobliskiej wiochy" żeby pocałować klamki wszystkich sklepów. Jakoś tak brakuje mi tego, chociaż nie wiem czy moja psychika wytrzymałaby po raz kolejny spływający ze skarpy namiot w czasie burzy... 

Drugim fantastycznym aspektem kontaktu z naturą jest gotowanie w polowych warunkach. Dwie rzeczy od których należy zacząć, to po pierwsze: sprawdzić czy nakręcana na butlę gazową kuchenka jest szczelna (jak nie, to dobrze mieć odważnego kolegę-kamikadze, który szybko zakręci gaz, albo ups...), po drugie: wykopać w ziemi lodówkę! Poza tym, motto kucharza polowego powinno brzmieć "Wszystko się da!". Jak napisałam wyżej, mozna ugotować dwa opakowania makaronu w za małym garczku, należy tylko uważać przy odcedzaniu. Wypasiony, dwudaniowy obiad, kiedy ma się tylko jeden palnik, to nic trudnego. Herbata z plamami ropy nadaje się do picia, ale tylko w małych ilościach i jak jesteście bardzo zdesperowani (czytaj, kiedy czekacie na transport do domu). Oczywiście największą rozrywką jest kiełbasa pieczona na ognisku (tak Vodh, to się odnosi do twojego taga), przegryzana zwęglonym chlebem lub niedopieczonym ziemniakiem. A kiedy wszyscy już się najedzą i napiją, przychodzi czas na śpiewy... Albo raczej zawodzenia, jęki potępieńcze i takie tam. W sumie poczułam się trochę urażona, kiedy rodzice kumpla (wpadli na weekend) stwierdzili rano, że też mieli ochotę z nami pośpiewać, ale kiedy usłyszeli jak wyjemy, dali sobie spokój... A my tak uroczo tą Kasię Sobczyk męczyliśmy...

Jestem naprawdę ciekawa czy teraz potrafiłabym się równie dobrze bawić w tak spartańskich warunkach. Pewnie zależaloby to od towarzystwa, ale ostatnimi czasy mam straszną ochotę spróbować! ^__^

Apr. 15th, 2010

Poison Prince*

 I'm always told to be the dreamer kind
Wake up one morning and your dreams are life
Never let them bring me down
Never let them tear me down
I always thought that I would follow you
Every place and everything you do
But I'm happy to be by myself
I don't need no-one else



Inspiracją do tego wpisu jest druga część filmowej adaptacji Opowieści z Narnii. I nie, nie będę się rozwodzić na temat zgodności z oryginałem, gry aktorskiej, scenografii i takich tam. Dzisiaj będzie o książętach, tych bajkowych, wymyślonych i kompletnie nierealnych!

Powiedzmy sobie szczerze, kogo tak naprawdę interesuje jakaś tam bitwa, Aslan czy czwórka głównych bohaterów (no dobrze, powiedzmy że Piotr jest nieco interesujący). Najważniejszym elementem wyżej wspomnianego dzieła jest Kaspian, powiewający, szlachetny i głupi jak but książę Telmarów! Chodzący ideał każdej małej dziewczynki, w tym mnie. Tak, gdybym miała około dziesięciu lat, w tym momencie oklejałabym pokój jego plakatami, pomstując na te wszystkie idiotki zakochane w Edwardzie ze Zmierzchu!

Kaspian jest kretynem, zapatrzonym w siebie, zarozumiałym i perfekcyjnym do bólu, ale OMG to czysta esencja baśniowego królewicza na białym koniu! Jak żyję, nie widziałam tak doskonałego odwzorowania tego archetypu. I chociaż mam tyle lat ile mam, fajnie jest wrócić myślami do dzieciństwa i pomarzyć. Jam dziecko książki, rodzice często mi czytali z obowiązkową bajką na dobranoc, a kiedy nauczyłam się sama, hulaj dusza, piekła nie ma! I zaczęło się: bracia Grimm, Andersen i inne opasłe tomiszcza pełne pięknych młodzieńców, czarownic i smoków.  Przyznaję bez bicia, że byłam absolutnie zakochana w tych wszystkich chodzących leksykonach dobrych manier. I co z tego, że od wszystkiego mieli ludzi, a sami tylko siedzieli na tronie i ładnie wyglądali. Skoro byli tym, kim byli, automatycznie oznaczało to cudowne usposobienie, władzę, bogactwo i miłą aparycję oczywiście (a może powinnam to wymienić jako punkt pierwszy, bo przecież moje zainteresowanie bogatym zamążpójściem pojawiło się znacznie później). Przy okazji, jak kiedyś niewiele było mi potrzebne do szczęścia: ładny i miły chłopiec, zamek i koń mile widziane... Dzisiaj pewnie wybrałabym rycerza, bo to zawsze ciekawsze od przesiadywania z nadętym bubkiem.  Jak to się człowiekowi priorytety w życiu zmieniają...

Kurczę, jak jesteś mała, wszystko jest takie łatwe: zamiast cukru masz piasek, za warzywa robi trawa i mlecze, z chusteczki potrafisz wyczarować kreację dla lalki jakiej nie powstydziłby się Dior i marzy ci się tylko taki niepozorny książę, ładny i na białym koniu. Problem polega na tym, że z biegiem czasu do listy książęcych cech, dopisujesz coraz to nowe wymagania i dostajesz od życia po dupie, bo okazuje się, że przykro nam, ale takich to nie produkujemy. A jak już przez przypadek się taki trafi, to albo żonaty albo gej... Ale chrzanić to, zawsze zostaje ci książę Kaspian, przynajmniej popatrzeć sobie można... A że nudny? No i co z tego, jeszcze będziesz dziękować za nudnego faceta, który nie zawraca ci głowy byle drobiazgami. 

Ale dlaczego Kaspian, skoro jest tylu chłopców w koronach? Bo jak napisałam wcześniej, on jest BARDZIEJ, to destylat marzeń małych dziewczynek. Aragorn niestety jest za stary i ubiera się jak dziad, zamku nie ma, w domu też go raczej nie ma, ani się pochwalić przed koleżankami, ani nic. Książę z Pięknej i Bestii  został na końcu zamieniony w tego szkaradnego człowieka i siłą rzeczy musiał odpaść ze stawki. Natomiast Narniowy Piotr nawet nie ma czym powiewać i jakiś taki, mało szarmancki jest... Mógłby być jeszcze ten z Kopciuszka, bo widać, że się chłopak potrafi poświęcić dla ukochanej kobiety, ale z drugiej strony nawet nie wiadomo czy potrafi miecza używać...

Podsumowując ten chaotyczny wywód: Narnia była dobrym filmem, miała tru księcia (a nawet dwóch), nie żadną podróbkę i chwała jej za to. Poza tym, pozwoliła mi przypomnieć sobie, że istnieje coś takiego jak filmy dla dzieci i szukanie w nich dziur to największa krzywda jaką można sobie zrobić. I w sumie, fajnie jest sobie popiszczeć do faceta, który nie ma prawa istnieć!


PS W tym miejscu dziękuję Salvie za podrzucenie pomysłu na notkę i pragnę przestraszyć Vodha, że jego Notka Sponsorowana** poniekąd wiąże się z moim tematem. Tak Rybek, ja pisałam o książętach, Tobie przypadły w udziale dziewoje w falbaniasto-kokardkowych sukniach zwane księżniczkami! Miłego pisania życzę ;)


* Tytuł i motto dzisiejszej notatki to jedne z piosenek Amy Macdonald.
** Notatka Sponsorowana to mój osobisty evil pomysł, który polega na tym, że podrzucam temat na kolejny wpis jednemu z moich czytelników (a że tyyyluuuuu ich mam...) i vice versa. Powinien się on w jakiś sposób (może być całkiem pokrętny) wiązać z aktualną notatką zadającego. Oczywiście zadanie może trochę poczekać na wykonanie i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w międzyczasie napisać o czymś innym.




Apr. 14th, 2010

A to Polska właśnie...

 To co dzieje się w kraju od soboty, to czyste szaleństwo. Zapewne wyjdę na zmierzłą sukę, ale co mi tam: mam dość żałoby narodowej z której zrobiono medialne widowisko. Po obejrzeniu jakiegokolwiek programu, człowiek dochodzi do wniosku, że należy być smutnym, załamanym i nosić się na czarno, absolutnie nie wypada okazywać radości, zadowolenia czy innego pozytywnego uczucia. Żal mi ludzi, którzy zginęli, żal mi ich rodzin, ale ile można. Od pięciu dni każda stacja krzyczy do widza planszami o żałobie narodowej i śmierci prezydenta, jakby była w tym kraju przytomna osoba, która jeszcze jakimś cudem nie słyszała o wypadku. Plus ci wszyscy prezenterzy, poubierani jak na pogrzeb, ze śladową ilością makijażu i zbolałymi minami (pod tym względem zdecydowanie przodują panie), zachowujący się tak, jakby każdy ruch sprawiał im ból. Aktorstwo wylewa się z każdego ich gestu, słowa, aż robi mi się niedobrze... 

Najbardziej boli mnie fakt, że są w tym cholernym państwie osoby, które faktycznie to przeżywają, a telewizja dodatkowo podsyca ich złe samopoczucie. Mam na myśli moją mamę, która od rana do wieczora wpatruje się w szklany ekran i załamuje ręce. Jest tak znerwicowana, że nie sposób z nią normalnie porozmawiać. I akurat w tym przypadku jestem pewna, że nie jest to działanie na pokaz, ale autentyczne przejęcie się sytuacją. Dlaczego tak bardzo to przeżywa? Diabli wiedzą, nie lubiła ofiar jako polityków, to pewne, nie znała ich osobiście... Zapewne boli ją śmierć tylu Polaków, a dobija atmosfera jakby był to koniec świata, daje się ponieść temu całemu medialnemu szaleństwu. 

Wczoraj byłyśmy na zakupach, cudem udało mi sie zaciągnąć ją do Empiku. Postawiłam sobie za cel, że kupię jej jakiś film, najlepiej komedię albo coś w tym stylu, co pozwoli jej na chwilę wyłączyć wiadomości. Padło na drugą część Narni, ale i tak siłą musiałam ciągnąć ją do kasy... Wieczorem, kiedy wróciłam z pracy, udało mi się namówić ją na seans, co okazalo się świetnym pomysłem, mimo początkowych obiekcji ("A może pokażą coś ważnego w informacjach..."). Wreszczcie zobaczyłam uśmiech na twarzy tej kobiety, pierwszy raz od pięciu dni nie musiałam wysłuchiwać o tym kogo i po czym zidentyfikowano, CUD! I walić fakt, że książę Kaspian okazał się być kretynem,  takoż król Piotr i w zasadzie wszystkim musiała ratować tyłki mała Łucja. Ważne, że przystoja mordka księciunia pozwoliła zapomnieć nam na dwie godziny o całym tym cyrku!

Pominę milczeniem pomysł pochowania państwa Kaczyńskich na Wawelu, porównywanie katastrofy do zbrodni katyńskiej, absolutny zastój we wszystkich dziedzinach życia i kompletne wyalienowanie się Polski na arenie międzynarodowej. Przykro mi, że cały naród zachowuje się jak egzaltowana panienka, nie dlatego że tak czuje, ale dlatego że telewizja go do tego namawia. Jestem zniesmaczona, bardzo. I tylko czekam na roczne podsumowania oglądalności, pełne wywodów, kto i dlaczego lepiej pokazał jak naród cierpi po stracie prezydenta...

Oct. 4th, 2009

Niebo

Nie chciałabym zaczynać pierwszego wpisu od (tylko) powitania i kilku żałosnych słów o sobie, właściwie w ogóle nie chciałabym od tego zaczynać. Dlatego skupię się raczej na tym, co mam zamiar tutaj robić: spokojnie, nie znajdzicie tu smętnych wynurzeń na temat jakie to życie jest szare i do czterech liter. Ten blog to raczej okazja do  podzielenia się swoimi ignoranckimi spostrzeżeniami na temat kina (głównie), książek oraz sztuki (rzadziej). Na tapetę będą szły raczej starsze i niszowe  produkcje, bo takie głównie oglądam. 



Na pierwszy ogień pójdzie Niebo w reżyserii Toma Tykwera, nakręcone na podstawie wspólnego scenariusza Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza. Film opowiada o nauczycielce języka angielskiego, która pracuje we Włoszech. Jakiś czas wcześniej, straciła męża, który po prostu zaćpał się, teraz jest zmuszona radzić sobie z tym samym problemem wśród uczniów. Mimo że zna człowieka, który na olbrzymią skalę handluje narkotykami i kilkakrotnie informuje o tym policję, ta kompletnie ją ignoruje. Zdesperowana kobieta sama bierze sprawiedliwość w swoje ręce i postanawia zemścić się na mężczyźnie odpowiedzialnym między innymi za śmierć jej męża, podkładając w jego biurze bombę. Niestety, rzadko wszystko dzieje się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli... Philippa (Cate Blanchett) zostaje aresztowana i oskarżona o terroryzm. Podczas przesłuchania poznaje młodego karabiniera Filippo (Giovanni Ribisi), który pomaga jako tłumacz. Młody i wrażliwy chłopak zakochuje się w niej i postanawia pomóc jej uciec...

To nie jest film sensacyjny, to historia o miłości, niespodziewanej i skomplikowanej. I jak dla mnie, bardzo nierealnej. Po seansie, koleżanka zarzuciła mi, że nie jestem romantyczna i  miała sporo racji, ale moja ocena filmu nie wynika tylko z tego faktu. To kolejne dzieło Tykwera, które mnie nie kupiło, jakoś jestem odporna na urok i talent tego reżysera. Doceniam piękne zdjęcia, świetnie budowane napięcie oraz wspaniałą grę aktorską, ale czegoś mi zabrakło. Początek zapowiadał się wspaniale, atmosfera była gęsta jak smoła, a widz czuł, że to nie będzie zwyczajna historia, do czasu... Od połowy zaczyna się robić po prostu nudno, całość robi się przegadana i nabiera cech taniego romansidła. Przykro mi, ale jakoś nie mogę uwierzyć w miłość doświadczonej przez los kobiety i młodego, naiwnego chłopaka, który niewiele wie jeszcze o życiu. To wszystko jest zbyt naciągane, a i bohaterowie w pewnym momencie zaczynają się zachowywać bardzo nielogicznie i przeczyć samym sobie. Jakby tego było mało, dostajemy mnóstwo znanych zagrywek, które żerują na najniższych emocjach, świetnym przykładem jest niemal faszystowski sposób prowadzenia przesłuchania. Nie wydaje mi się żeby włoska policja posunęła się tak daleko w stosunku do obywatelki obcego państwa, żeby stawiać jej wyssane z palca zarzuty. Poza tym, razi podział na czarne i białe, bez żadnych odcieni szarości, a w przypadku poruszanej tematyki jest to bardzo nietrafiony pomysł. Początkowo za taki element niejednoznaczny moralnie, możemy uznać główną bohaterkę, ale im bliżej jesteśmy końca, tym bardziej staje się ona czysta i dobra. Biorąc pod uwagę jej czyny, wygląda to trochę zabawnie. Swoją drogą, podobny zabieg "wybielania" postaci zastosował Tykwer w Pachnidle, robiąc ze  zdegenerowanego psychopaty, nieszczęśliwego i skrzywdzonego przez los chłopca. Irytuje mnie, kiedy postać mówi jedno i to z taką stanowczością, a za chwilę robi rzecz zupełnie odwrotną. Philippa cały czas mówi o odkupieniu, o zapłaceniu za swoje czyny, ale mimo to, ucieka i ciągnie ze sobą na dno Filippo. Dziwna to miłość, doprawdy...

Jak już napisałam wcześniej, mój romantyzm dogorywa sobie  gdzieś w ciemnym kąciku, ale zdarzają się produkcje, które potrafią go stamtąd ruszyć. Niestety Niebo do nich nie należy. Powodem może być wyjątkowo mało realistyczna wizja miłości, albo inaczej, to jest miłość o której się czyta, ale której się nie widzi. Filippo zakochuje się od pierwszego wejrzenia, a wlaściwie dotknięcia i nagle jest gotowy popełnić nawet zbrodnię, żeby tylko uwolnić i być blisko wybranej kobiety. I okej, przywilej młodości, tylko dlaczego dorosła i inteligentna kobieta, zachowuje się tak samo, przepraszam, w imię zemsty?! To nielogiczne, wyrzucać sobie zaangażowanie w swoje dzialania niewinnych osób, a potem bez mrugnięcia okiem wykorzystać kolejną. Dobrze chociaż, że przynajniej z jej strony uczucie nie było natychmiastowe, a rozwijało się z biegiem wypadków. Chociaż dziwnie wygląda para  uciekinierów zachowująca się jak dwójka nastolatków. Jest jeszcze zakończenie, pełne metafizyki i "romantyzmu", którego domyślamy się bardzo szybko i tak, ono też mnie rozczarowało (w pewnym momencie nawet głośno zaczęłam się domagać jakiegoś wybuchu). Nie odczytuję końcówki jako odkupienia win, to raczej tchórzostwo, niemożność stawienia czoła rzeczywistości, a co najgorsze tani sentymentalizm. 

Uczciwie przyznaję, że drażniły mnie wszystkie nielogiczności, umowność niektórych zachowań i wydarzeń. Mimo to, nie oglądałam filmu z zamiarem wyhaczenia wszystkich dziur i potknięć, co więcej, pierwsza połowa na tyle trzymała w napięciu, że nie bardzo miałam na to czas. Niestety im dalej, tym gorzej, bo na bogów, ile można oglądać piękne włoskie widoki?! To trochę przerażające, ale zrobiłam się strasznie wybredna i przestało mi wystarczyć samo genialne założenie, być może to małe zboczenie recenzenckie, ale zaczyna być męczące. W każdym razie, póki co, Tykwer kontra ja: 0 - 3. 
Tags: , ,